|
„KAKAO” (autor:
Stefania Grodzieńska Felietony i humoreski 1944-1954r.)
Wyszłam właśnie po południo z domu,
kiedy opadła mnie sfora lisów otulająca korpulentną
blondynkę.
-
Stefcia! Nie, góra z
góra... Widzę, że mnie nie poznajesz. Jestem Lusia
Pamczakówna, taka chuda, czarna w warkoczykiem. Bawiłyśmy
się zawsze razem w parku, jakżebyśmy były małe. Pamiętasz,
byłaś u mnie raz na imieninach i zwymiotowałaś kakao. Co prawda
miałyśmy wtedy po 5 lat. Aleś ty się zmieniła od tego czasu!
Kto by pomyślał. Ale nie mówmy już o tym. Musisz
koniecznie wpaść do nas na chwilę. Ja tu mieszkam, w tym domu.
Mama się strasznie ucieszy.
Zanim się obejrzałam, tłom lisów
wepchnął mnie do jakiegoś mieszkania, zdarł ze mnie płaszcz i
umieścił mnie w ramionach zdziwionej starszej pani.
-
Mama nie poznaje? To Stefcia,
nie pamięta mama Stefci? Cośmy się zawsze razem bawiły w parku.
Była u mnie raz na imieninach i zwymiotowała kakao. Już sobie
mama przypomina?
-
Aaa, pamiętam, pamiętam,
Bardzo mi miło.
-
W tej samej chwili do pokoju
wszedł pan, którego Pamczakówna przedstawiła mi jako
swego męża.
-
A to właśnie pani
Grodzieńska, którą tak dobrze znasz ze sceny i z jej
felietonów. Wyobraź sobie, że zwymiotowała kakao u mnie na
imieninach.
Na twarzy męża byłej Pamczakówny
odbiły się tak mieszane uczucia, że pospieszyłam zapewnić, iż
ten przykry fakt zdarzył się przeszło dwadzieścia lat temu.
Po wymienieniu rozmaitych, uprzejmych
zdań zaczęłam się już szykować do odejścia, kiedy b.
Pamczakówna zaanonsowała jakiś gości.
-
Musisz zostać chwilę to nasi
sąsiedzi. Dowiedzieli się, że jesteś u nas, i specjalnie
przyszli. Bardzo chcą cię poznać. Zobaczysz, jacy to przystojni
chłopcy.
Chłopcy rzeczywiście byli
przystojni, ale cóż, kiedy po dwóch minutach rozmowy
znów wypłynęła kwestia kakao. Nie czekając na skutek tej
informacji pożegnałam się szybko i odeszłam.
-
Po kilku dniach zobaczyłam b.
Pamczakównę u nas na przedstawieniu. Siedziała w trzecim
rzędzie w większym towarzystwie. W chwili, kiedy wyszłam na
scenę, zaczęła coś z ożywieniem opowiadać. Dobiegło mnie
słowo „kakao” i spostrzegłam, że publiczność z pierwszych
trzech rzędów zaczęła patrzeć na mnie z podwójnym
zainteresowaniem.
Niedługo potem odbywał się mój
wieczór autorski. Kiedy kłaniając się schodziłam z
estrady po odczytaniu cyklu felietonów, zauważyłam na
twarzach widzów znany mi już wyraz zainteresowania
połączonego z obrzydzeniem. Poszukałam wzrokiem: b. Pamczakówna
królowała w piątym rzędzie.
Po jakimś czasie jechałam tramwajem.
Naprzeciw mnie siedziały jakieś dwie panie i czytały „Przekrój”.
-
Czytałaś felieton
Grodzieńskiej? - spytała jedna.
-
Mowy nie ma –
odpowiedziała druga. - Dawniej czytywałam, ale od czasu kiedy
się dowiedziałam, jak ona się zachowuje u obcych ludzi, nie mogę
patrzeć na to nazwisko. Podobno była niedawno u kogoś na
imieninach...
-
A słyszałam, słyszałam.
Popatrz, ma się wrażenie, że się zaprasza kulturalnego
człowieka, a tu masz.
-
Wysiadając z tramwaju natchnęłam
się na b. Pamczakównę.
-
A to zabawna historia! -
zawołała. - Wyobraź sobie, mama mi przypomniała, że to nie
ty zwymiotowałaś na moich imieninach, tylko ta mala ruda
Pytlasińska. Powiedziałam mamie, że się strasznie uśmiejesz.
Strasznie się uśmiałam.
|