|
„TRENING” (Autor:
Ludmiła Lopaśovska „Humor znad Wełtawy i Wagu”
Przed mistrzostwami świata
w chodzie na wytrzymałość w Santa Kruci Turci działacze łamali
sobie głowę, kto będzie reprezentował w tej dyscyplinie nasze
kobiety. W nawale innych, równie palących spraw jakoś o tym
zapomniano. A mistrzostwa już za tydzień! Głowili się,
zastanawiali, aż wreszcie kiedy porzucili wszystkie kolejne pomysły
zatelefonowali do pewnego redaktora sportowego, żeby dał ogłoszenie
przez radio, może jakaś dziewczyna się zgłosi.
Zgłosiła się jedna, około
30 lat. Kondycji za grosz, ale z uporem twierdziła, że można na
niej polegać. Zgodzili się, bo inne się nie zgłosiły, a czas
naglił.
-
No cóż –
powiedzieli – podróż do Santa Kruci Turci chyba
przetrzyma, a potem się zobaczy.
Podróż przetrzymała
i zdobyła złoty medal! Oczywiście stała się ośrodkiem
zainteresowania zagranicznych dziennikarzy, trenerów i
sportowców. Każdy chciał się czegoś dowiedzieć o tej
nieznanej dotychczas kobiecie. Musieli się jednak zadowolić
krótkim wywiadem, bo – jak oświadczyła” „Muszę
prędko wracać do domu bo mam tylko trzy dni urlopu...”
-
Ile czasu poświęca
pani na trening? - pytali dziennikarze.
-
Dwanaście do
szesnastu godzin dziennie – odparła skromnie.
-
Co? - zdumieli
się i zgorszeni zaczęli wykrzykiwać:
-
Ładne amatorstwo!Na
zachodzie nawet zawodowiec nie mógłby sobie na to pozwolić.
W drodze na lotnisko
zapytali jeszcze, jaki jest jej ulubiony kolor, jakiego piosenkarza
najbardziej lubi, jak zapatruje się na badania kosmosu i który
dzień w tygodniu uważa za najszczęśliwszy. Ale oto już
przystawiono schodki do samolotu i nowo upieczona mistrzyni
pożegnała się z Santa Kruci Turci.
-
A teraz serio –
zapytano ją w kraju – ile godzin dziennie poświęca pani na
trening? - podetknęli je pod nos zagraniczne gazety.
-
Dwanaście do
szesnastu godzin dziennie – odparła.
-
Z nas pani balonów
robi – rzekli zirytowani. - Mówiła nam pani
przecież, że pani pracuje i ma dzieci...
-
No właśnie! Wstaję
rano o wpół do szóstej, szykuję śniadanie, robię
kanapki. Jedno dziecko biorę na rękę, drugie za rękę i
odprowadzam, względnie odnoszę do żłobka i do przedszkola.
Dwoje starszych chodzi
do szkoły. Rzecz jasna przedszkole jest na jednym końcu miasta, a
żłobek na drugim. To już tak zawsze. Potem muszę skoczyć na
targ, albo odstać swoją kolejkę w sklepie. Główny trening
zaczyna się w ramach pracy. Jestem listonoszką, a mój rejon
znajduje się w starej dzielnicy, gdzie nie ma wprawdzie wysokich
domów – najwyżej trzypiętrowe – ale wszystkie bez wind.
I dzień w dzień odbębniam to z torbą nabitą listami. Po
godzinach pracy muszę odstać następna kolejkę w jakimś sklepie,
a po drodze zgarniam dzieciaki. Potem gotuje, czasem piorę,
prasuję, sprzątam itd. Przed dziesiątą wieczór rzadko
kiedy usiądę.
Nagle zaczerwieniła się i
rzekła.
-
Och, okłamałam
ich. Mój trening trwa przecież szesnaście godzin, nie
dwanaście. Nie będzie z tego nieprzyjemności?
-
Hm – pokręcili
głowami działacze. - I od razu złoty medal? Chociaż trzeba
przyznać to był wyczyn!
-
Wyczyn? -
machnęła ręką mistrzyni. - Bez dziecka na ręku, bez torby na
plecach, bez siatki z zakupami, to ma być wyczyn? To był nareszcie
po wielu latach pierwszy przyjemny spacer!
|